Piekielnie piękne 50 km czyli Supermaraton Gór Stołowych

Pasterka – Szczeliniec
25 czerwca 2016

Katarzyna Winiarska

Góry Stołowe pożegnały nas deszczem, zmywając z kamieni nasz wczorajszy pot. Głęboki oddech….. To było wczoraj. Wydarzenia wydają się tak nierzeczywiste. Zaledwie 24 godziny temu biegłam w 30-stopniowym upale. Dziś chłodno i deszczowo. Wracam do domu. Z tarczą. Wciąż nie dowierzam. Patrzę na szklaną statuetkę i nie bardzo wiem, skąd się u mnie wzięła. O takim zakończeniu jednego z najtrudniejszych okołomaratońskich biegów górskich w Polsce nie śmiałam nawet marzyć.

Jeszcze w ubiegłym roku trafiłam na relację i zdjęcia z poprzedniej edycji zawodów. Bieg między skałami, ostre zbiegi po kamieniach, mocne podejścia po skalistych schodach. Poczułam znajome łaskotanie w brzuchu…  – Chcę tam być w przyszłym roku. Sprawdziłam termin zapisów i ustawiłam przypomnienie w telefonie.

Już pod koniec roku krystalizował się mój plan na sezon 2016. Stanął on pod znakiem zapytania, kiedy w zimie, po okresie roztrenowania, poczułam silne bóle z boku kolana, uniemożliwiające bieganie. A właśnie wchodziłam w nowy cykl treningowy, przygotowujący mnie do pierwszego maratonu. Już położyłam na nim kreskę, kiedy trafiłam do specjalisty, który jako jedyny zaczął szukać przyczyny bólu, a nie tylko leczył skutki. I tak dzięki jego pomocy i swojemu uporowi wyleczyłam kolano, a maraton pobiegłam lepiej niż przewidywałam. Plan na rok 2016 póki co się nie rozsypał. Supermaraton Gór Stołowych miał  (już miał!) w nim istotne miejsce. Był w połowie roku startem docelowym.

Tato uparł się, że mnie zawiezie i będzie moim suportem na trasie. Z Piotrkiem (mężem) rozważaliśmy, czy nie jechać całą rodziną i nie rozpocząć w ten sposób wakacji. Jednak po doświadczeniach z Rzeźniczka z ubiegłego i tego roku stwierdziłam, że jeżeli chcę się skupić na sobie i biegu, i mieć spokojną głowę, to muszę jechać bez dzieci. Te więc zostały z babciami, a my wyruszyliśmy o 3 nad ranem z czwartku na piątek (start był w sobotę). Rozłożyłam się na tylnym siedzeniu, z nogami do góry, jak przystało na biegacza przed startem i spałam większą część drogi. Starałam się zrelaksować, nie myśleć o niczym. Na przedstartowy stres przyjdzie jeszcze pora. Do Karłowa, gdzie mieliśmy nocleg dojechaliśmy ok. 10. Rozpakowaliśmy się i wzięliśmy się za omawianie strategii. Na dzisiaj, póki co. Potrzebowałam rozruszać nogi. 5 km z kilkoma mocnymi podbiegami powinno wystarczyć. Za słuszną sugestią Taty wybrałam odcinek trasy od Pasterki (gdzie był start, a potem 3 bufet) do drogi pod Małym Szczelińcem, który miał akurat 5 km. Ta część została dodana dwa lata temu i podobno sprawiała zawodnikom trudności. Potem obiad, piesza wycieczka do Pasterki, do biura zawodów po pakiet, spacer na Szczeliniec, co by zobaczyć jeszcze kawałek trasy i zejście do Karłowa oraz wczesne udanie się na spoczynek.

W Górach Stołowych byłam po raz drugi, ale na Szczelińcu – pierwszy. Oniemiałam z zachwytu! Meta już była ustawiona. Nie widziałam piękniejszego miejsca zakończenia zawodów! To co, że po niespełna 50 km trzeba będzie pokonać jeszcze 600 schodów? To co, że pod górę? Liczy się to, co na szczycie. Nagrodą, tą bezcenną jest to, co mamy przed oczami…

Przy piwie omówiliśmy plan strategiczny na czas zawodów, a w zasadzie Tato przedstawiał swój plan. Chciał pożyczyć rower i dojeżdżać nim do każdego z pierwszych czterech bufetów. Piotrek miał czekać na piątym, na Błędnych Skałach. Do mnie należało określić, czego będę potrzebować.

Podobno od przybytku głowa nie boli. Bzdura! Mnie rozbolała już przy dwóch parach butów do biegania w terenie. Z myślą o tym i o następnych w tym roku startach kupiłam Salomony Wings’y, sztywniejsze, z większą amortyzacją, dobrze chroniące też palce, a w takim terenie, to ważne. Trenowałam w nich w Bieszczadach i po naszym pięknym Pogórzu. Fajne buty, ale nie zaprzyjaźniłam się z nimi do końca. Sense Pro delikatniejsze, lepiej przylegające do stopy, ale już mocno wybiegane, dziurawe. Gryzłam się z myślami. Obawiałam się, że Wings’y mogą zmasakrować mi stopy, że będę miała siłę biec, ale ból stóp mi na to nie pozwoli. Z drugiej strony, czy Sense Pro wytrzymają skalisty teren? Ostatecznie wybrałam uklepane „Sensy”. Z plecaka zrezygnowałam jeszcze w domu. Miałam cztery flaski. Wystarczy, żeby pełne wymieniać na punktach. Do pasa na biodrach zapakowałam żele, rodzynki i solone orzechy. Przygotowałam wszystko i głowa była już spokojna.

Poszłam spać wcześnie, bo już po 21. Spałam, jak dziecko. Rano, o 6, wypoczęta, podreptałam do kuchni szykować śniadanie mocy – buła z masłem orzechowym, miodem i bananem. Zaraz pojawił się kolega w tym samym celu. Po koszulce poznałam, że też zawodnik. Od słowa do słowa i dowiedziałam się, że startuje już po raz czwarty. Nie omieszkałam skorzystać z doświadczenia kolegi i wypytałam o kilka spraw związanych z trasą. Obudziłam swój suport. Po śniadaniu przyszedł czas na ostatnie przygotowania.

I to jest ten czas, kiedy przychodzi przedstartowa trema, stres, podekscytowanie…, jak zwał, tak zwał. To jest ten moment, kiedy nie należy do mnie podchodzić, mówić, a broń Boże zwracać uwagi lub radzić. Warczę i gryzę! To jest ten moment, kiedy chcę już być sama.

„Zgodnie z obietnicą, ślę Ci dobre przedstartowe słowo, gorące, jak to palące z nieba słońce! Gnaj po tych górach, jak szalona, bo żaden podbieg przemyślanki przecież nie pokona! Kamienie niech się kruszą pod Twoimi nogami, bo dysponujesz dwiema torpedami! Uważaj na siebie, 3mam kciuki i czekam na wieści!”. Motywacyjny sms od Dominiki doszedł, mimo braku zasięgu. Dokładnie o godzinie 7:25. Jak? Nie mam pojęcia, ale uświadomił mi, że nie będę na trasie sama, że wiele osób będzie ze mną myślami, oczekując na wieści. W tej nerwowej chwili przyniósł spokój.

Do Pasterki, na start, poszliśmy piechotą, wraz z pielgrzymką biegaczy. Ciśnienie rosło. Na miejscu przypomniałam sobie, że zapomniałam przykleić wkładek, które podczas biegu denerwująco mi się przesuwają. Piotrek skołował w biurze zawodów taśmę dwustronną i trzęsącymi się już rękami („Sama to zrobię!”) umocowałam wkładki w butach. Tato poszedł pożyczyć rower, którym miał przemieszczać się między bufetami. Godzina 8:45. 15 minut do startu. Czas na rozgrzewkę, a w zasadzie na rozruch, bo przy 28 stopniach szczególnie rozgrzewać się nie trzeba. Jak zwykle wparowałam zasapana na start dosłownie kilka minut przed odliczaniem. Wcisnęłam się w tłum. Jeszcze pamiątkowe zdjęcie i: 10…9…8…….1… start! Puściły emocje i już biegnę. Jak pies spuszczony ze smyczy. Ale zdrowy rozsądek podpowiada: nie za szybko. Mimo to, prę do przodu. Chcę znaleźć swoje miejsce, żeby biec komfortowo, nie w tłumie. Tym bardziej, że, jak powiedział mi rano kolega, wcześnie robi się wąsko, kamienisto-skaliście i tworzy się kolejka. Uczepiłam się grupki trzech biegaczy i rzeczywiście wkrótce zaczęły się przesmyki skalne i kamieniste slalomy. Radziłam sobie dość dobrze. Na 8 kilometrze był pierwszy bufet. Szybko? Też mi się tak wydawało. Ale, jak się okazało półlitrowy flask miałam już pusty. Niewielkie zamieszanie, ale doskonale wiedziałam, czego potrzebuję. Wyssałam sok z pomarańczy, napiłam się wody, wymieniłam flaski i wzięłam jeden, mały z wodą. Chlust wody na kark i już mnie nie było.

Utrzymując swoje tempo wciąż wyprzedzałam pojedyncze osoby. To, że jestem drugą kobietą dowiedziałam się, dobiegając do pierwszego bufetu. Nie wiedziałam, gdzie jest kolejna dziewczyna, a pierwszej – Agnieszki Łęckiej, nie ścigałam. Jak zwykle, chciałam zrobić swoje. Biec najlepiej, jak potrafię, na ile mam sił, a co tym osiągnę, to już inna sprawa. Na trzecim bufecie (28 km) przybiegłam dwunasta. Nie ścigałam się z nikim prócz siebie. To nie były szybkie zawody (moje średnie tempo wyniosło 7:09 min/km). Czasem nawet miałam wrażenie, że poruszam się w żółwim tempie. Ale wciąż poruszałam się do przodu, skupiona na zawieszonych na drzewach taśmach, na różowych i białych strzałkach namalowanych na drodze. Byle się nie zatrzymać, nie usiąść, byleby ukończyć. Raz, na 3 bufecie, w Pasterce powiedziałam, że musze odpocząć (bardziej do siebie niż do Taty) i z utęsknieniem popatrzyłam na trawę. Jednak wiedziałam, że jak usiądę, to już nie wstanę.

Bufety były rozmieszczone mniej więcej co 8-10 km, ale wierzcie mi, w tych warunkach pogodowych, to nie było zbyt często. Za każdym razem czekałam na punkt, żeby schłodzić się wodą. Nie można było polewać się tą z bufetu. Miałam to szczęście, że na każdym z nich był Tato, a na ostatnim Piotrek, z butelką wody, którą mogłam oblać kark. W tym upale też każde muśniecie wiatru przynosiło chwilowe ukojenie. Napawałam sie każdym podmuchem.

Trasa przebiegała głównie szlakami turystycznymi. Kto zna Góry Stołowe, to wie, że są miejsca, w których trudno jest iść, a co dopiero biec. Były trudne, techniczne zbiegi, ciężkie podejścia po skałach, ale były również odcinki po drogach leśnych. Tam można było przyspieszyć. Jednak na takich odcinkach więcej myślałam o zmęczeniu. Były dla mnie zbyt monotonne. „Budziłam się” właśnie na tych, technicznych częściach trasy. Taki dłuższy odcinek po szutrowej drodze był między 4 a 5 punktem żywieniowym, na którym miał być Piotrek. Czułam zmęczenie, a upał nie pomagał. Niby droga w lesie, ale szeroka i w słońcu. Chciałam już być na Błędnych Skałach. Od 3 bufetu biegłam sama. Nikogo za mną, nikogo przede mną w zasięgu wzroku. Aż tu w oddali zobaczyłam postać ubraną na czarno, która skręciła w prawo. Piotrek?! Uff, będę mogła polać się wodą. Ochłodzić chwilę. A potem już meta. Ale punktu nie było… i ani żywej duszy… Biegłam dalej. Po chwili zorientowałam się, że nie widzę taśm. Muszę wrócić… Wcześniej jednak dobiegłam do strumyka, ochlapałam wodą twarz i kark, zmoczyłam czapkę i zawróciłam. Okazało się, że tam, gdzie wydawało mi się, że widziałam Piotrka (oczywiście nikogo tam nie było), trasa skręcała w górę. Być może miałam zboczyć z trasy, żeby ochłodzić się przy strumieniu? Kilka minut uciekło, ale to już nie było ważne.

Mówi się, że najpierw biegnie się nogami, potem głową, a na końcu sercem. W moim przypadku jest nieco inaczej. Najpierw biegnę „nogami”, potem sercem, nie zwracając uwagi na zmęczone już mięśnie. Na końcu, gdy serca do biegania już nie mam, a całe ciało woła „dość! „, na ratunek przychodzi głowa. To dzięki niej udało mi się ukończyć niejeden bieg. To ona potrafi wytrwać do końca i doprowadzić mnie do mety.

Ostatnie kilometry od 5 punktu do Karłowa były dla mnie niekończącym się piekłem. Od mety dzieliło mnie tylko 8 km. Miałam wrażenie, że kilometraż na zegarku się nie zmienia. Biegłam sama, wciąż grzbietem. W słońcu, upale, piaszczystą ścieżką, usianą głazami. Trudno mi sobie przypomnieć szczegóły. Byłam jakby zawieszona w próżni. Czas przestał być ważny, miejsce też. Po prostu chciałam mieć to już za sobą. Pamiętam, że spotkałam jakąś parę idącą w przeciwnym kierunku, jakiegoś mężczyznę, który robił zdjęcia i zapytał o adres strony maratonu. Poza tym: skwar, piasek, kamienie…. Miałam jeszcze wodę i izotonik, które uzupełniłam na ostatnim bufecie w Błędnych Skałach, ale nie gasiły już pragnienia. Byłam zmęczona. Wyżęta z ostatniej kropli potu, z ostatniego okrucha energii. Ale wciąż posuwałam się do przodu. Ciało miało dość, ale głowa kazała biec. Już tak blisko… Pilnowałam taśm, żeby gdzieś nie zboczyć,  żeby nie musieć zrobić już żadnych zbędnych metrów. W głowie miałam już schody na Szczeliniec. Myślami wspinałam się po tych ponad 600 stopniach. I te myśli nie przerażały mnie. Dawały mi ukojenie, bo zbliżały mnie do końca. Wizualizowałam sobie też metę i emocje, które towarzyszą, gdy się na nią wbiega. I wzruszenie Taty, i radość tylu osób, które czekają na mnie, na informacje. I chłód wody na mojej twarzy i smak zimnego piwa… To wszystko dało mi siłę dobiec do Karłowa. Tak, w końcu. Tam, asfaltem około kilometra. Przy skręcie na szlak doping wolontariuszki kierującej skołowanych biegaczy. Jeszcze deptak ze straganami. Jakieś oklaski i okrzyki. Wreszcie las, cień i ściana schodów. Szłam rytmicznie, biorąc je po dwa. Mijałam turystów. Praktycznie wyłączyłam myślenie. Byłam już na górze. Ostatnie metry między skałami. Jeszcze jeden zakręt i…. brawa, krzyki…. ścisk wzruszenia w gardle. Nie wiem, skąd wzięłam jeszcze tyle siły,  że zdobyłam się na skok rodem z filmu „Przyczajony tygrys, ukryty smok”. Endorfiny wylewały mi sie uszami!

Medal na szyi, uścisk Taty (Piotrek jeszcze nie dotarł z Błędnych Skał), gratulacje, krótka rozmowa ze zwyciężczynią Agnieszką Łęcką i Piotrem Hercogiem, organizatorem zawodów i świetnym biegaczem górskim (m.in. zwycięzcą tegorocznego Biegu Rzeźnika), telefony do przyjaciół.

– Kasiu, czego się napijesz?. – Piwa! Najzimniejszego, jakie jest!

To były moje pierwsze zawody, na których korzystałam z bufetów i jadłam coś więcej niż żele i rodzynki. Było to dla mnie nowe doświadczenie. Żołądek nie sprawiał mi żadnych kłopotów.  Wypiłam 2,5 l izotonia i ok. 2l wody. Zjadłam 3 żele, kilka cząstek pomarańczy (a głównie wyssałam z nich sok), banana, kilka kawałków arbuza, garść solonych orzeszków i snickersa. Mój suport spisał się na medal! To też dzięki Tacie i Piotrkowi udało mi się ukończyć bieg. To dzięki nim na każdym punkcie mogłam schłodzić się wodą i nie „zagotować się”.

W VI edycji Supermaratonu Gór Stołowych wystartowało 368 zawodników, ukończyło w limicie (9 godzin) 250. Byłam 9 z nich i 2 kobietą, a 1 w swojej kategorii wiekowej. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Te chwile ogromnego szczęścia są tak intensywne, że aż nierzeczywiste. Wracam do domu, do pracy, a one stopniowo przygasają. Bo przecież nic się nie zmieniło…

Medal, szklana statuetka i pomięty, schowany w teczce numer „194”, z zanotowanym na odwrociu czasem „5:57:17”…